WDROŻENIA
Migracja po dwóch dekadach
Bank BGŻ wymienia - zainstalowany jeszcze w latach 90. - system BankStreet. Nowa aplikacja - Flexcube - wspomaga działania centrali.
Efekt gwarantowany
Narzędzia analityczne wydatnie poprawiają skuteczność bankowych kampanii marketingowych.
ANALIZY
Czwarta fala
Rodzaj medium będącego zarówno nośnikiem, jak i sposobem przekazywania informacji, definiuje cechy organizacji gospodarczych i ma wpływ na zarządzanie przedsiębiorstwami. W epoce multimedialnych sieci zasady powstawania i funkcjonowania tych struktur ulegają zmianie.
Przyszłość to usługi i aplikacje
W obecnych warunkach ekonomicznych użytkownicy IT oczekują przede wszystkim lepiej zintegrowanych rozwiązań oraz bardziej kompleksowej obsługi.
PRODUKTY
Migracja dobrze policzona
Rozwój firmy wymaga zwiększania lub optymalizacji mocy obliczeniowej infrastruktury serwerowej. Jakimi narzędziami posługują się CIO, aby utrzymać koszty pod kontrolą?
Ma działać bez przerwy
Niektóre usługi biznesowe muszą być świadczone w trybie ciągłym, z możliwie niskim prawdopodobieństwem nieplanowanych przerw. Aby systemy IT mogły świadczyć usługi na żądanym poziomie niezawodności, muszą być do tego odpowiednio przystosowane.
popularne
Najczęściej czytane
- XIV Międzynarodowa Konferencja "Innowacyjne Rozwiązania Geoprzestrzenne" (czytane 862 razy)
WYWIADY
EN FACE: Sebastian Ryszard Kruk...
... pracownik naukowy Digital Enterprise Research Institute na Narodowym Uniwersytecie Irlandzkim i wykładowca na Politechnice Gdańskiej, autor pracy doktorskiej na temat semantycznych bibliotek cyfrowych, twórca start-upu Knowledge Hives i Szkoły Web 3.0.
Coraz więcej inteligencji
Rozmowa z Nickiem Pachnosem, szefem działu rozwiązań na platformę mainframe w BMC Software.
Luksusowa analiza
Stephen Brobst, Chief Technology Officer w Teradata, rozmawiał z nami na temat rynku business intelligence.
Google mamy problem
20 lutego 2006
Marcin Marciniak Wersja beta Google Desktop 3 indeksuje dane z wielu komputerów w sieci LAN i... wysyła ich kopie na serwery Google.Computerworld —
W Internecie pojawiła się właśnie wersja beta programu Google Desktop 3. Zainteresowany aktualizacją zacząłem przyglądać się liście funkcjonalności, licząc na to, że być może program ten będzie zawierać funkcje, które umożliwią bezpieczne korzystanie z niego na komputerze firmowym. Okazało się, że jest dokładnie odwrotnie. W wersji 3 Google dodał użyteczną opcję, pozwalającą indeksować dane na kilku komputerach. Jednocześnie jednak zmienił politykę prywatności w taki sposób, że program automatycznie kopiuje zebrane indeksy tekstowe na własne serwery.
Jeden drobny szczegół
Dotychczasowa wersja programu Google Desktop 2 posiadała następujący zapis w treści polityki prywatności: "Niniejsze wyniki wyszukiwania mogą być oglądane tylko z twojego własnego komputera, zawartość twojego komputera nie jest nigdy wysyłana do Google (ani do nikogo innego)". W nowej wersji polityki prywatności tego bardzo ważnego ustępu już nie ma. Oczywiście nieprzypadkowo - nowa wersja posiada bowiem dodatkową opcję, która zakłada wysyłanie wyników indeksowania na serwer firmy. Tak indeksowane są treści witryn WWW .
Zyskiem z indeksowania więcej niż jednego komputera jest skumulowanie wyników np. z kilku komputerów domowych lub z komputerów małej firmy. Dzięki temu baza wiedzy tworzona przez narzędzie indeksujące rośnie - jest to doskonały pomysł - niemniej radość przyćmiewa fakt, że na serwerach obcej firmy znajduje się kopia treści niemal wszystkich dokumentów. Google jest spółką prawa amerykańskiego, zatem obowiązują tę firmę przepisy stosowane w Stanach Zjednoczonych. Te przepisy w USA bardzo mocno chronią dane zawarte na urządzeniach do ich składowania znajdujących się w domach prywatnych, w przedsiębiorstwach itp.
Jednak prawo chroniące dane składowane na serwerach dostawców usług, takich jak Google, Yahoo! i innych (ustawa Electronic Communication Privacy Act z 1986 r.), przewiduje słabszą ochronę. Ta różnica jest niesłychanie istotna również dla obywateli polskich, bowiem o ile ochrona danych składowanych na komputerach w Polsce jest dobrze określona prawnie (polski Kodeks Karny przewiduje kary za kradzież lub modyfikację danych), to ochrona kopii tych danych na serwerze Google jest co najmniej dyskusyjna, zarówno w sensie prawnym, jak i rzeczywistej ochrony przed nieuprawnionymi osobami.
Użytkownik sam jest temu winien, gdyż akceptując taką umowę licencyjną zgadza się na kopiowanie treści dokumentów na komputery, nad którymi nie ma żadnej kontroli. Jeśli Google Desktop działa i ma włączoną opcję współdzielenia wyszukiwania, wyniki te znajdą się na serwerze firmy Google. Aby móc je przejrzeć z dowolnego miejsca, wystarczy pozyskać hasła do konta usług Google (tego samego, które służy do dostępu do gmail.com). Czyli ochrona niby jest, ale... jeśli wziąć pod uwagę słabe zabezpieczenia przeglądarek (i związane z tym ryzyko zainfekowania komputera programami szpiegującymi) i istnienie silnie umotywowanego "poszukiwacza", nie wygląda to za ciekawie.
Użytkownik komputera domowego może machnąć ręką i powiedzieć, że niczego wartościowego na nim nie przechowuje. I mimo że to dyskusyjne, jego prawo. Zresztą prawdopodobieństwo, że ktoś zainteresuje się akurat jego danymi rzeczywiście może nie jest zbyt wielkie. Jeśli natomiast chodzi o ochronę danych firmy, stawka jest znacznie wyższa, a relacja zysk/koszt dla potencjalnego złodzieja informacji - znacznie bardziej atrakcyjna.
Prywatność publiczna
Nawet tzw. zwykli użytkownicy komputerów powinni się bardzo poważnie zastanowić nad celem udostępniania komukolwiek danych pochodzących z przeszukiwania własnych dokumentów. Aby przeróżne służby miały dostęp do komputera znajdującego się w domu, muszą pokonać kilka barier formalnych, związanych m.in. ze zgodą sądu, i doręczyć informację o niej użytkownikowi komputera. Użytkownik ma więc przynajmniej świadomość tego, że ktoś przegląda jego dane. Jeśli dane są składowane na serwerze w Internecie, jego dane mogą być przeszukane bez jego zgody.
Pole do nadużyć w tej dziedzinie jest ogromne. Fakt dostępu i przetwarzania danych użytkowników niesie ze sobą możliwość atakowania użytkowników kierowanymi do nich reklamami. Wynaleziona przez firmę Google i powszechnie znana technologia dopasowania reklam do treści w wyszukiwarce może z powodzeniem zostać zastosowana do masowego atakowania reklamami. Przecież w indeksowanych dokumentach są informacje kontaktowe! Póki co Google nie skanuje dokumentów pod kątem przygotowania reklam dla konkretnego celu, ale wszystko wskazuje na to, że technologia taka jak AdWords i AdSense zostanie zmodyfikowana i zastosowana, by wybierała reklamy, bazując na treści dokumentów użytkownika - zapewne jeszcze z uwzględnieniem ich aktualności.
Specjaliści do spraw bezpieczeństwa od dawna ostrzegają przed powszechnym i bezkrytycznym korzystaniem z oprogramowania indeksującego dane, gdyż uzyskanie dostępu przez intruza do narzędzi wyszukiwania jest dużo poważniejszą szkodą niż włamanie na serwery. Na komputerach średniej wielkości firmy znajdzie się powiedzmy pół miliona dokumentów i ok. kilku milionów wiadomości e-mail. Nawet jeśli włamywacz uzyskał dostęp do wszystkich danych składowanych w firmie, czyli np. złamał zabezpieczenia domeny Active Directory i włamał się do wszystkich baz danych, wyszukanie interesujących go danych zajmie dużo czasu.
Im dłużej włamywacz grasuje w infrastrukturze teleinformatycznej, tym bardziej rośnie prawdopodobieństwo jego wykrycia. Znalezienie jednego konkretnego dokumentu w powodzi danych jest niemal niemożliwe - trzeba wiedzieć, kto ten dokument przygotował, gdzie go zapisał (a może tylko wysłał e-mailem?), w jakim może być formacie itd. Narzędzie czyni to zadanie trywialnym i wykonalnym w ułamku sekundy. Włamywacz dostaje dane jak na tacy, posortowane według trafności zapytań. Zamiast kopiować gigabajty danych, co jest technicznie trudne nawet dzisiaj, włamywacz może skopiować tylko kilka interesujących go plików.
Narzędzie dla konkurencji
Składowanie indeksowanych danych w narzędziach zlokalizowanych poza firmą stanowi jeszcze jeden kłopot. Chodzi o to, że kopie danych są dostępne online na serwerach Google z innych komputerów niż te, na których dane się znajdują. Nawet jeśli w firmie dostęp do danych jest rejestrowany za pomocą skutecznego audytu i stosowane są wielopoziomowe zabezpieczenia, Google Desktop wszystkie je omija. Przecież do dostępu do wyszukiwarki wystarczy przeglądarka. Audyt na serwerze tego nie pokaże. Gdy włamywacz ma dane konta serwisu wyszukiwania, może odtworzyć treść dokumentu, nie pobierając go z serwera. Nie zadziała ani audyt otwierania plików, ani wszelkie rejestrowane próby logowania do serwerów składujących dane. Być może zostanie zapisany fakt odwołania się do wyszukiwarki, ale to nic szczególnego.
Włamywacz, który uzyska dostęp do narzędzi niefrasobliwie indeksujących wszystkie dane w firmie, może uzyskać informacje umykające innym pracownikom firmy. Może dowiedzieć się szczegółów współpracy między ludźmi (tej prawdziwej, nie tej wynikającej ze struktury organizacyjnej przedsiębiorstwa), poznać obieg dokumentów, odnaleźć kolejne wersje konkretnego dokumentu rozproszone po komputerach firmy. Wielu użytkowników przechowuje w firmowym systemie pocztowym prywatną pocztę, która może być cennym źródłem informacji. Cenniejsze są chyba już tylko pamiętniki. Dzięki analizie e-maili można poznać nastroje, nawyki, powody do narzekania itd.
Nie myślę tu o wynaturzonym podejściu do zarządzania firmą. Mam na myśli sytuację, w której do danych tego typu dostęp uzyskuje konkurencja. Oprócz dokładnego rozpoznania sytuacji w firmie, osoba doświadczona w socjotechnice zyskuje dane, dzięki którym może z powodzeniem podszywać się pod pracownika firmy. Prędkość działania Google Desktop umożliwia natychmiastową odpowiedź na wiele pytań, które może zadawać druga strona, starając się upewnić co do wiarygodności rozmówcy w trakcie rozmowy telefonicznej. Gdyby duża firma wdrożyła narzędzia indeksujące wszystkie obiekty, prawdopodobieństwo udanych ataków socjotechnicznych bardzo wzrośnie.
| To tylko program |
| Programiści są tylko ludźmi i Google Desktop, jak każda aplikacja, zawiera błędy. Ponieważ aplikacja jest już dość powszechnie wykorzystywana i ma dostęp do potencjalnie poufnych danych, ryzyko prób poszukiwania (i znalezienia) błędów dających się wykorzystać do kradzieży danych jest wysokie. Poza tym wspomniane wcześniej wysyłanie danych na zewnętrzny serwer jest z natury rzeczy narażone na ataki typu man-in-the-middle. Wskazówki jak wykorzystywać luki w zabezpieczeniach Google Desktop można znaleźć korzystając, o ironio, z serwisu Google.com. |
Komentarze
Ten artykuł nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Twój może być pierwszy...

tel.: (+48 22) 321 78 00 fax: (+48 22) 321 78 88
© copyright 2012 IDG Poland SA







wydrukuj